Hej Panie BW przededniu premiery reedycji książki „Hej Panie B.” rozmawiamy z jej  autorem – Marcinem Sitko.

Co sprawiło, że po kilku latach od wydania książki „Hej Panie B.” pomyślałeś o jej reedycji?

– Pomijając już ten prozaiczny fakt, że pierwszy nakład książki po prostu się wyczerpał – a ja wciąż dostaję wiele maili w jej sprawie;  gdzie można ją kupić, etc – to głównie chodziło mi oto, by nareszcie została ona porządnie wydana. Każdy, kto pamięta „Hej panie B.” sprzed kilku lat, z pewnością zdaje sobie sprawę z jej niedoskonałości  edytorskich. Jej treść to potężny zastrzyk emocji i pod tym względem nie mam uwag, ale niestety z różnych powodów – głównie finansowych, nie została ona wydana w formie jej należnej. To była właściwie broszura. Mirek koniec końców zasługiwał na coś więcej i ta myśl towarzyszyła mi przez te kilka lat.

Musisz mieć do „Hej Panie B.” sentyment, skoro dzisiaj możemy cieszyć się pięknie wydaną reedycją?

Tak. To była moja pierwsza książka – od tamtej pory na rynku ukazały się kolejne trzy pozycje. „Hej Panie B.” powstała właściwie przez przypadek. Pracowałem ówcześnie nad biografią Bogusia Łyszkiewicza z Chłopców z Placu Broni. Byłem w rytmie, pisanie przychodziło mi łatwo. Kilka razy w tym czasie, zupełnie niezaplanowanie, doszło do moich spotkań z ludźmi, którzy znali Mirka, jego temat gdzieś tam zawsze był obecny. Pojawiały się wspomnienia, uśmiech, wzruszenie… szkoda było tego nie ocalić, stąd książka. Powstała w trzy miesiące, w przerwie pisania biografii Bogusia.

Jakie są twoje wspomnienia związane z Mirkiem?

Nie wiem od czego zacząć, czy od początku czy od końca… może od weselszych spraw – więc od początku (śmiech). Pamiętam jeden z jego koncertów w Tychach. Mirek tryskał energią, humorem, także poza sceną, bo mieliśmy okazję uścisnąć sobie dłonie. Był taki witalny. Zauważyłem też, że kiedy chwytał gitarę do ręki, momentalnie stawał się profesjonalistą. To był mały koncert, kameralny, zdawać by się mogło, że nie wymagał od artysty zupełnej koncentracji, ale nie dla Mirka. To były proste piosenki, grane przez niego pewnie tysięczny raz, ale wykonał je jakby miał je zagrać po raz pierwszy i ostatni. Zawodowstwo. Pomyślałem – ciekawy człowiek. Kolejny raz kiedy miałem spotkać Mirka – po kilku latach od tamtego zdarzenia, nie spotkałem do wcale… ale za to dowiedziałem się o nim więcej, niż wtedy. Pracowałem ówcześnie w „Dzienniku Zachodnim”. Zlecono mi napisanie całostronicowego materiału poświęconego Universe, do weekendowego wydania gazety. Rozmowa z muzykami była połączona z sesją fotograficzną. Umówiliśmy się z zespołem, że wszyscy dotrą na miejsce (Dom Kultury w Chorzowie Batorym) o umówionej godzinie. Dotarli wszyscy oprócz Mirka. Henio i reszta nie chcieli mi dawać do zrozumienia, co się niepokojącego dzieje, ale to wyczułem. Było zamieszanie, poszukiwanie Mirka, pokątne telefony, trudna atmosfera, nerwy. Po jakieś godzinie dostałem komunikat, że lidera nie będzie. Teraz, po latach i po napisaniu książki o Mirku – mogę się domyślać, co stało na rzeczy… Koniec końców zrobiliśmy tę sesję bez Breguły. Po prostu grafik w redakcji dokleił jakieś jego archiwalne zdjęcie do tych wykonanych tamtego dnia w Chorzowie. Ostatni raz widziałem Mirka podczas koncertu, który organizowałem. To było pożegnanie Lata w Myszkowie. Lato żegnało nas deszczem, ulewą, zimnem. Pod sceną może kilkadziesiąt osób, a Mirek znów gra jak dla tysiąca. Pamiętam, że wspomniał wtedy ze sceny, że w Myszkowie działał ich fan klub, ludzie żywo zareagowali. Ale poza sceną to nie był już ten sam człowiek… nerwowo palił papierosy, rozmawialiśmy, pytał się mnie, które piosenki z jego solowej płyty mi się najbardziej podobają. Chyba nawet trochę go zraniłem mówiąc mu, że tę płytę kupiłem swego czasu za kilka złotych na wyprzedaży. On też fizycznie się mocno zmienił przez te ostatnie kilka lat, czego nie dało się nie zauważyć. Nie minęły trzy miesiące i nadeszła zła wiadomość…

Za co cenisz Mirka?

Na co dzień słucham jazzu, soulu i bluesa, głównie z lat siedemdziesiątych – takie płyty możesz znaleźć w mojej płytotece. To muzyka szczerości, przekazu. Za te aspekty cenię artystów i tak ich sobie przyswajam. To samo zauważyłem w Mirku. Nie jestem wielkim i oddanym fanem całej twórczości Universe, nawet jej nie znam tak dobrze, jak większość jego fanów. Jednak wiem, że Mirek był bez cienia przesady wielkim artystą – prawdziwym. Takie albumy jak „Latawce”, jego solowa płyta czy ta pośmiertna – będą robić wrażenie na każdym, kto zna się na muzyce i szuka w niej wartości prawdziwych. Mirek śpiewał o sobie, o sobie układał teksty, ale to jest najtrudniejsze – tym bardziej, jeżeli podmiot liryczny jest tak złożoną postacią. Wymaga to odwagi. Jego solowa płyta jest niezwykła. Jego przemyślenia poruszają. Był świetnym producentem, kompozytorem. Myślę, że sprawdziłby się w wielu gatunkach. Nie można takiemu człowiekowi nie oddać hołdu – moim jest ta książka. Zwróć uwagę jak na jej kartach wypowiadają się o nim tak znamienici muzycy, jak Dariusz Kozakiewicz, Beno Otręba, czy Józef Skrzek. On ma wielu fanów wśród ludzi tej samej profesji. Słyszałem, że fanką Mirka była też swego czasu Edyta Bartosiewicz.

Któraś z przeprowadzonych rozmów szczególnie utkwiła w twojej pamięci?

Chyba ta z Andrzejem Lampertem. Andrzej umówił się na spotkanie ze mną na tak zwanym „Krajcoku” w Starym Chorzowie. To było wiosną, wszystko budziło się do życia, ciepły słoneczny dzień. Miałem trochę czasu więc wybrałem się na spacer po rodzinnych stronach Mirka, po miejscach, w których bywał. Zobaczyłem jak piękne i jednocześnie trudne jest to miejsce. Takie, jak jego życie – przecież śpiewał o tym kawałku świata – gdzieś tam za rzeką jest łatwiej niż tu, lecz kocham ten kamień, bo mój… Z Andrzejem usiedliśmy do rozmowy w miejscu, gdzie spędził z Mirkiem sporo czasu przygotowując się do ostatniego w życiu koncertu Mirka. W tym samym pomieszczeniu panowie przygotowywali się godzinami do wspólnego wykonania piosenki „Niby bracia”. Zresztą jak tak teraz myślę to wielu moich rozmówców szukało śladów Mirka – Piotr Jarosz i Janusz Bogacki zaprosili mnie do restauracji, która sąsiadowała z miejscem prób zespołu w latach osiemdziesiątych, a odkrywca Universe Antoni Kopff goszcząc mnie w swoim domu w Warszawie poinformował mnie, że siedzimy właśnie w tym samym pokoju i na tej samej kanapie, na której przed niemal trzydziestu laty podziękował Bregule za współprace (śmiech).

Możesz powiedzieć kilka słów o samej reedycji, co w niej takiego niezwykłego?

To pięknie wydana, 250 stronicowa książka w twardej okładce i z piękną błękitną wszywaną zakładką. Zawiera zdjęcia Mirka, kolejne premierowe wywiady z osobami współpracującymi swego czasu z nim. Całość jest zapakowana w robiące wrażenie etui. Ponieważ to wydanie limitowane – każda z książek jest ponumerowana (przez co jedyna i niepowtarzalna) i podpisana przeze mnie. Ma to związek z tym, że raczej nie odbywam spotkań autorskich (chyba, że w czasie targów książki) i możliwość spotkania mnie może być utrudniona. Poprzednie wydanie książki o Mirku wielu jego fanów starało mi się odesłać z prośbą o dedykację, więc teraz pomyślałem, że żadnym kłopotem będzie dla mnie po prostu wypisać cały nakład reedycji. Wydanie przez Wydawnictwo C2 reedycji „Hej Panie B.” przyjmuję z dumą, bo mam do tej książki i do samego Mirka ogromny sentyment i szacunek.

MARCIN SITKO

Dziennikarz, publicysta, producent muzyczny, wydawca i promotor. Jest autorem wielu publikacji prasowych i reportaży. W sumie publikował w kilkunastu tytułach, między innymi w kwartalniku „Twój Blues”, „Gazecie Wyborczej” i „Dzienniku Zachodnim”. Współpracował jako producent nagrań i wydawnictw między innymi z Muńkiem Staszczykiem, Olkiem Klepaczem, Andrzejem Grabowskim, Markiem Piekarczykiem, Andrzejem Krzywym czy zespołami Easy Rider, Big Cyc i Golden Life. Występował jako gość między innymi w Programie Trzecim Polskiego Radia, Radiowej Jedynce, Telewizji Polskiej i TVP Kultura. W 2010 roku ukazała się jego książka “Hej Panie B.”, w rok później “Wolność kocham i rozumiem”, a w roku 2012 “The Rolling Stones za żelazną kurtyną”. Rok 2013 przyniósł wydanie almanachu “Woodstock 1969. Najpiękniejszy weekend XX wieku”, którego jest współautorem. Na rok 2014 planowana jest publikacja książki “Cash. Legenda” – biografii ikony amerykańskiej muzyki i kultury, Johnny’ego Casha.